Zamówiłam dla mojego pieska karmę — duży, 14-kilogramowy worek i sporo puszek, żeby starczyło na dłużej. Oczywiście wybrałam dostawę do Paczkomatu InPostu, bo to dla mnie najwygodniejsza opcja. Kiedy dostałam powiadomienie, że paczka już czeka, od razu się ucieszyłam. Wiedziałam, że będzie ciężka, więc wzięłam wózeczek do transportu. Nie spodziewałam się jednak, że znów trafię na górną skrytkę.
Poszłam pod Paczkomat, wpisałam kod i… drzwi otworzyły się gdzieś wysoko, niemal nad moją głową. Mierzę nieco ponad 160 cm, więc już na sam widok tej klapki wiedziałam, że czeka mnie niezła gimnastyka. Spróbowałam stanąć na palcach i sięgnąć do środka, ale paczka okazała się ciężka jak kamień i — prawie 20 kilogramów - i wypełniła niemal całą skrytkę.
Zaczęłam kombinować. Najpierw próbowałam lekko podważyć karton od spodu, potem sięgnęłam głębiej, opierając się jedną ręką o sąsiedni automat. Palce ledwo mieściły mi się między kartonem a ściankami skrytki. Wyglądałam pewnie jakbym ćwiczyła wspinaczkę połączoną z treningiem siłowym, a nie odbierała paczkę z karmą. W końcu stanęłam na wózeczku (ustabilizowałam go, ale i tak było to ryzykowne), udało mi się chwycić za rogi i powoli, przesuwając po kilka milimetrów na różne strony, wysunąć pudło, starając się nie upuścić go na ziemię. I uważając, żeby mnie nie przygniotło albo nie uszkodziło mi twarzy… Dodam, że było już późno, akurat nikt nie przechodził, nie miałam kogo poprosić o pomoc.
Kiedy wreszcie postawiłam paczkę na chodniku, odetchnęłam z ulgą i roześmiałam się pod nosem. „Konkretny wieczorny trening!” — pomyślałam. Piesek, który czekał w domu, nie miał pojęcia, ile wysiłku kosztowało mnie jego jedzenie. Następnym razem chyba wybiorę dostawę do domu… albo wcześniej poproszę kogoś wyższego o pomoc przy Paczkomacie.H


