„Pomożemy Państwu skutecznie rekrutować lekarzy" – nie rekrutuję lekarzy. „Usprawnimy zarządzanie procesami w dużej organizacji" – nie prowadzę dużej organizacji. „Zapraszamy na prezentację innowacyjnych szkoleń VR" – to już czwarta wiadomość w tej sprawie. Pierwsza mogła być przypadkiem. Druga – nieszkodliwym przypomnieniem. Przy trzeciej zacząłem się wiercić na krześle. Czwarta sprawiła, że zacząłem się poważnie zastanawiać, czy moje milczenie nie zostało gdzieś po drugiej stronie zinterpretowane jako otwarcie długiej i wyjątkowo cierpliwej negocjacji.

Nie mam nic przeciwko sprzedaży – sama nią żyję, przygotowuję oferty, wychodzę do klientów z propozycjami i doskonale wiem, że bez odrobiny odwagi w docieraniu do ludzi wiele naprawdę dobrych usług nigdy nie znalazłoby drogi do tych, którym mogłyby się przydać. Problem zaczyna się gdzie indziej: wtedy, gdy sprzedaż przestaje być próbą trafienia w konkretną potrzebę, a zamienia się w hurtową wysyłkę przebraną – niezbyt starannie – za relację.

„Pani Urszulo" to jeszcze nie personalizacja

Coraz więcej wiadomości zaczyna się dziś od mojego imienia, nazwy firmy, a czasem nawet od zdania w rodzaju „z zainteresowaniem obserwujemy Państwa działalność". Brzmi to całkiem miło – aż do momentu, gdy kolejne akapity zdradzają, że tej działalności nikt nie poświęcił nawet chwili dłuższej niż mrugnięcie okiem.

Wpisanie imienia w puste pole szablonu to żaden dowód uwagi, tak samo jak nazwa firmy automatycznie zaciągnięta z LinkedIna nie oznacza jeszcze, że ktoś zrozumiał, czym ta firma właściwie się zajmuje. To trochę jak nazwanie kogoś po imieniu w sklepie, w którym nigdy wcześniej nie byliśmy – miłe, ale niewiele mówiące o tym, czy sprzedawca zna nasz gust.

Prawdziwe dopasowanie zaczyna się dużo skromniej: od pytania, czym w ogóle zajmuje się dana osoba czy organizacja, do kogo kieruje swoje usługi, jakiej jest wielkości i jakie problemy mogłyby jej realnie doskwierać. Nie trzeba w tym celu prowadzić śledztwa godnego prywatnego detektywa. Czasem wystarczy wejść na stronę internetową, przeczytać opis firmy, rzucić okiem na kilka ostatnich publikacji. To niewielka inwestycja czasu – zwłaszcza jeśli w zamian liczymy na cudzą uwagę, a docelowo także pieniądze.

Nadawca oszczędza czas, odbiorca płaci rachunek

Masowa sprzedaż ma w sobie coś z fabryki konfekcji – jeden krój, tysiąc egzemplarzy, minimum przymiarek. Jedną kampanię można wysłać do setek adresatów naraz, automatyka sama dopisze imię, nazwę firmy, branżę i stanowisko, a po kilku dniach ciszy grzecznie doda „podbijam wiadomość", jakby nic się nie stało.

Tyle że zaoszczędzony czas nigdzie nie znika – po prostu zmienia właściciela. Ktoś musi tę wiadomość otworzyć, zorientować się, o co chodzi, ocenić, czy w ogóle jej dotyczy, a czasem jeszcze grzecznie wytłumaczyć, że nie prowadzi takiej działalności, nie ma takiego zespołu albo od dawna nie potrzebuje niczego podobnego. Nadawca nie poświęcił pięciu minut na sprawdzenie, do kogo pisze. Odbiorca ma za to poświęcić własne pięć minut, żeby wyjaśnić, dlaczego cała ta wymiana nie miała najmniejszego sensu.

W świecie, w którym niemal każdy narzeka na zalew wiadomości i brak czasu, trudno nazwać to budowaniem relacji. To bardziej przypomina zlecenie komuś obcemu posprzątania własnej bazy kontaktów – z tą różnicą, że nikt go o to nie prosił, a rachunek i tak przychodzi na jego adres.

Follow-up czy pukanie do drzwi, za którymi nikogo nie ma?

Sam follow-up jest narzędziem jak najbardziej potrzebnym. Wiadomości giną w zalewie innych wiadomości, ludzie odkładają odpowiedź na później, mają spotkania, projekty, urlopy i dziesiątki spraw pilniejszych niż lektura kolejnej propozycji współpracy. Przypomnienie bywa więc aktem uprzejmości, nie natręctwa.

Ale ma to sens tylko wtedy, gdy pierwsza wiadomość faktycznie trafiła w jakąś potrzebę. Jeśli ktoś rzeczywiście dostrzegł konkretny problem po drugiej stronie i zaproponował coś na miarę, ponowny kontakt jest naturalnym gestem, a nie naciskiem. Jeśli jednak pierwsza wiadomość była strzałem w ciemno, kolejna nie staje się celniejsza tylko dlatego, że poleciała jeszcze raz w tę samą stronę. Czwarty mail o szkoleniach VR nie obudzi w nikim potrzeby, która nigdy w nim nie istniała – można pukać do tych samych drzwi choćby i dziesięć razy, jeśli w środku nikogo nie ma, otworzy je tylko echo.

Milczenie nie zawsze znaczy „napisz jeszcze raz". Czasem znaczy po prostu: to nie moja sprawa, nie widzę w tym wartości, nie mam takiej potrzeby, a wiadomość była na tyle ogólna, że nie bardzo wiem, dlaczego w ogóle do mnie trafiła. Dobra kultura sprzedaży to nie tylko umiejętność zabiegania o czyjąś uwagę – to również umiejętność przyjęcia jej braku bez urazy.

Automatyzacja skaluje nie tylko sprzedaż

Dzisiejsze narzędzia pozwalają zautomatyzować niemal każdy etap prospectingu – budować bazy, dzielić kontakty na segmenty, układać całe sekwencje wiadomości i mierzyć, kto maila otworzył, kto kliknął link, a kto machnął ręką i przeszedł dalej. To ogromna szansa, choć rzadko mówi się głośno o jej drugiej stronie: automatyzacja skaluje nie tylko skuteczność, lecz w równym stopniu popełniane po drodze błędy.

Jeśli oferta jest trafna, technologia pomaga dotrzeć do większej liczby właściwych ludzi. Jeśli jest chybiona, ta sama technologia pozwala irytować niewłaściwych – tylko szybciej, częściej i na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej, gdy trzeba było to robić ręcznie. Automatyzacja jest jak megafon: nie zmienia treści komunikatu, tylko sprawia, że słychać go dużo dalej – łącznie z tym, ile w nim fałszu.

Każda taka wiadomość zostawia po sobie ślad, budując obraz firmy na długo przed pierwszą rozmową handlową. Odbiorca w mgnieniu oka wyczuwa, czy ma do czynienia z kimś, kto szanuje jego czas i potrafi słuchać, czy raczej z maszynką stawiającą wyłącznie na liczbę wysłanych kontaktów. Można więc mieć naprawdę świetny produkt i jednocześnie skutecznie zniechęcić do niego samym sposobem, w jaki próbuje się go komuś wcisnąć.

Pierwszy mail sprzedażowy to już doświadczenie klienta

Firmy chętnie inwestują dziś w Customer Experience – mapują ścieżki klientów, analizują punkty styku, projektują komunikację z troską, jakby przygotowywały scenografię do ważnego spektaklu. Pierwszy kontakt sprzedażowy zwykle jednak stoi gdzieś poza kulisami tej scenografii, choć w rzeczywistości jest jej pierwszym aktem, nie preludium przed nim.

Propozycja współpracy też jest przecież punktem styku z marką. Odbiorca niczego jeszcze nie kupił, a już zdążył doświadczyć, jak ta organizacja działa. Kiedy dostaje przypadkową wiadomość, kompletnie mijającą się z profilem jego działalności, a potem serię automatycznych ponagleń, wyciąga z tego bardzo prosty wniosek: skoro firma nie potrafi słuchać, zanim jeszcze cokolwiek się zacznie, prawdopodobnie nie nauczy się tego później, gdy stawka będzie już wyższa.

Jakość sprzedaży mówi więc o organizacji znacznie więcej niż jakiekolwiek hasła o partnerskim podejściu i indywidualnym dopasowaniu wypisane na stronie „O nas". Relacyjność nie zaczyna się na pierwszym spotkaniu – zaczyna się dużo wcześniej, w momencie, w którym ktoś decyduje, do kogo i z jaką propozycją w ogóle warto napisać.

Mniej wiadomości, więcej uważności

Dobra oferta nie musi być długa i nie musi udowadniać, że nadawca przeczytał wszystkie publikacje odbiorcy z ostatnich pięciu lat jak pilny student przed egzaminem. Wystarczy, że pokaże – choćby jednym zdaniem – że za jej wysłaniem stała chwila namysłu: dlaczego akurat ta osoba, jaki związek ma moja usługa z jej pracą, jaki konkretny problem mogę pomóc rozwiązać.

Może to oznaczać wysłanie dwudziestu dobrze wymierzonych ofert zamiast dwustu wystrzelonych na oślep. Może sprawić, że wykresy aktywności w systemie CRM będą wyglądały mniej efektownie na comiesięcznym podsumowaniu. Ale liczba wysłanych maili nigdy nie była miarą jakości sprzedaży, tak samo jak liczba przypomnień nie świadczy o zaangażowaniu, jeśli za żadnym z nich nie stoi nic nowego do zaoferowania.

Czasem najlepszym ruchem sprzedażowym jest po prostu nie wysłać wiadomości. A czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę tuż przed kliknięciem „wyślij" i zadać sobie jedno, niewygodne pytanie: czy naprawdę mam podstawy sądzić, że to może się przydać właśnie tej osobie?

Bo dobra sprzedaż nie zaczyna się od automatyzacji, sekwencji ani podbijania cudzej skrzynki odbiorczej. Zaczyna się od uważności. Bez niej nawet najbardziej elegancka oferta, opakowana w profesjonalny język i firmową stopkę, pozostaje tym, czym jest naprawdę – spamem w marynarce.H

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone