Nie masz prenumeraty magazynu „HU” na 2026 rok? Zamów ją teraz

Zdrowie pacjentów czy bilans finansowy? Konferencyjna hipokryzja sektora ochrony zdrowia

Urszula Łaskawiec | 2025-01-30 16:28:12

Na konferencji Priorytety w Ochronie Zdrowia 2025 padło wiele pięknych słów o trosce o pacjentów, poprawie jakości leczenia, lepszej profilaktyce i dostępie do nowoczesnych terapii. Eksperci debatowali o tym, jak system powinien się zmieniać, by wreszcie stać się bardziej przyjaznym dla chorych. Brzmiało to wzniosłe, wręcz idealistycznie. Ale wystarczyło przejść się po kuluarach, by zderzyć się z brutalną rzeczywistością.

Tam, zamiast rozmów o realnych rozwiązaniach dla pacjentów, dominował jeden temat: pieniądze – a raczej ich brak. Dyskutowano nie o tym, jak wprowadzić skuteczną profilaktykę czy jak zwiększyć dostępność terapii, ale o tym, kto zapłaci za to, że system się sypie. Bo NFZ – jak co roku – nie pokrywa nadwykonań, bo szpitale toną w długach, bo kolejne procedury ratujące życie jedynie pogłębiają finansową przepaść publicznej ochrony zdrowia.

W panelach mówiło się o tym, że pacjent powinien być w centrum systemu. Że warto inwestować w profilaktykę, bo lepiej zapobiegać niż leczyć. Że wczesne wykrycie chorób onkologicznych czy skuteczna opieka nad chorymi przewlekle zmniejszają koszty systemowe. W teorii wszystko wygląda pięknie. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że każdy kolejny zabieg to dla szpitala dodatkowy problem.

Bo paradoksalnie – leczyć za dużo też nie wolno. Każda operacja, każde nadwykonanie to jeszcze większy dług, który placówka musi pokryć z własnej kieszeni. I jeśli NFZ znów odmówi zapłaty, to co pozostaje? Przerzucić koszty na pacjentów.

Choć nikt tego oficjalnie nie powiedział, w kuluarach dało się usłyszeć coś, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia: państwowa ochrona zdrowia stanie się systemem dla tych, którzy mają szczęście lub pieniądze. Ci pierwsi – bo uda im się dostać do lekarza w ramach NFZ, zanim skończy się roczny limit finansowy. Ci drudzy – bo będą mogli zapłacić za wizytę prywatnie. Reszta? Albo będzie czekać latami, albo zostanie zmuszona do wyłożenia własnych oszczędności na leczenie, które jeszcze niedawno było w pełni refundowane.

Politycy i eksperci mogą na kolejnych konferencjach wygłaszać pełne troski przemówienia o potrzebach pacjentów. Mogą mówić o konieczności lepszej profilaktyki, o znaczeniu wczesnej diagnostyki, o walce z nierównościami w dostępie do leczenia. Ale dopóki w kuluarach najważniejszym tematem będą dziury w budżecie i strategie przetrwania kosztem pacjentów, cała ta debata to nic innego jak pokaz cynicznej hipokryzji.

Bo prawdziwe priorytety ochrony zdrowia są zupełnie inne niż te, które padają ze sceny. I niestety, pacjent jest na samym końcu tej listy.

Urszula Łaskawiec
Redaktor naczelna magazynu "Patient Experience Manager"

 
© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone

Zobacz także

Mobbing w medycynie: cichy kryzys, który trzeba przerwać

Urszula Łaskawiec
Mobbing w ochronie zdrowia to zjawisko, o którym mówi się za mało, a które ma dramatyczne konsekwencje dla lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników medycznych. Raport związku lekarzy ujawniający skalę tego problemu nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy znają realia pracy w polskich placówkach. Zmęczenie, stres, przeciążenie obowiązkami – to codzienność, którą dodatkowo obciąża toksyczna atmosfera pracy i nadużycia ze strony przełożonych lub współpracowników. Skutki mobbingu – więcej niż indywidualny problem Z raportu wynika, że skutki mobbingu mogą być tragiczne. Depresja, wypalenie zawodowe, konieczność korzystania z pomocy psychiatrycznej, a w skrajnych przypadkach nawet myśli samobójcze – to cena, jaką płacą lekarze i inni pracownicy ochrony zdrowia za brak skutecznych mechanizmów ochrony przed przemocą psychiczną w miejscu pracy. Co więcej, nie jest to problem wyłącznie jednostek – wpływa on na jakość opieki nad pacjentami. Lekarz pracujący w atmosferze strachu i poniżenia nie będzie w stanie w pełni skupić się na pacjencie, co może prowadzić do błędów i obniżenia poziomu świadczonych usług. Brak odpowiednich regulacji prawnych Obecne przepisy prawne dotyczące mobbingu są niewystarczające. Często brakuje procedur, które skutecznie chroniłyby ofiary i umożliwiały szybkie reagowanie na sygnały alarmowe. Mobbing w medycynie jest tym bardziej skomplikowany, że hierarchia zawodowa i zależność służbowa sprawiają, iż ofiary obawiają się zgłaszać nieprawidłowości z lęku przed utratą pracy czy ostracyzmem środowiskowym. W związku z tym potrzebne są nie tylko zmiany w przepisach prawa pracy, ale także skuteczne mechanizmy wdrażania tych regulacji w szpitalach i placówkach medycznych. Komisja ds. Przeciwdziałania Mobbingowi i Dyskryminacji Od grudnia 2022 roku, w ramach Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, działa Komisja ds. Przeciwdziałania Mobbingowi i Dyskryminacji. Jak wylicza związek, do dziś do komisji dotarło ok. 70 zgłoszeń z całej Polski. Analiza powiadomień wykazała, iż najczęściej sprawcami są ordynatorzy, kierownicy oddziałów, kierownicy szkolenia specjalizacyjnego oraz zarządzający placówkami. Ofiarami są m.in. lekarze niezgadzający się na klauzulę opt-out, korzystający z urlopów rodzicielskich czy posiadający wyższe kwalifikacje niż przełożeni. Przewodnicząca OZZL Grażyna Cebula-Kubat podkreśla konieczność zmiany przepisów dotyczących komisji antymobbingowych w placówkach oraz edukacji na temat mobbingu i dyskryminacji w środowisku medycznym. Konieczność zmian systemowych Nie wystarczy jedynie zaostrzyć przepisy – kluczowe jest wprowadzenie realnych środków przeciwdziałania mobbingowi. Każda placówka medyczna powinna mieć obowiązek tworzenia polityki antymobbingowej, a procedury zgłaszania przypadków przemocy psychicznej muszą być przejrzyste i dostępne. Równie istotna jest edukacja zarówno kadry zarządzającej, jak i samych lekarzy, by mieli świadomość, jakie zachowania są nieakceptowalne i jak się przed nimi bronić. Rola organizacji wspierających ofiary mobbingu Jednym z podmiotów aktywnie zajmujących się wsparciem osób doświadczających mobbingu jest Fundacja "Nie widać po mnie". Organizacja ta zajmuje się edukacją, wsparciem psychologicznym oraz budowaniem świadomości społecznej na temat problemów zdrowia psychicznego, w tym konsekwencji mobbingu w miejscu pracy. Ich inicjatywy, takie jak kampanie społeczne i programy wsparcia dla pracowników ochrony zdrowia, stanowią istotny krok w kierunku zmiany sytuacji i przeciwdziałania przemocy psychicznej w medycynie. Mobbing to nie „trudne warunki pracy” – czas na zmianę narracji Wielu doświadczonych lekarzy czy dyrektorów placówek może bagatelizować problem, argumentując, że „tak zawsze było” albo że „to część tego zawodu”. Takie podejście jest nie tylko szkodliwe, ale i niebezpieczne. Ochrona zdrowia nie może być miejscem, w którym zastraszanie i poniżanie są normą. Zmiana kultury organizacyjnej w placówkach medycznych powinna stać się jednym z priorytetów – nie tylko dla dobra lekarzy, ale także dla pacjentów. Lekarze powinni leczyć, a nie walczyć o przetrwanie w toksycznym środowisku. Mobbing w ochronie zdrowia to cichy kryzys, który trzeba przerwać – zanim pochłonie kolejne ofiary.H

Stosowanie przymusu bezpośredniego, a doświadczenia pacjentów psychiatrycznych

Katarzyna Łempicka
Prawniczka Katarzyna Dąbrowska, która jest działaczką pro bono na rzecz pacjentów oraz zapewnienia optymalnych warunków leczenia psychiatrycznego w Polsce, złożyła petycję do Sejmu o całkowity zakaz używania przymusu bezpośredniego wobec chorych leczonych psychiatrycznie. Posłowie skierowali pismo do Ministerstwa Zdrowia. Zdaniem Dąbrowskiej stosowanie w szpitalach przymusu bezpośredniego jest niehumanitarne, przemocowe i opresyjne, dlatego trzeba "zrewidować stosowanie wiązania chorych ludzi w pasy i odejść od tej metody na rzecz bardziej humanitarnych i empatycznych rozwiązań", a także "wypracować inne, nowe metody radzenia sobie z chorobą".    Raport Naczelnej Izby Kontroli prześwietlił rozwiązania, które były wdrażane w psychiatrii dziecięcej od czterech lat. W raporcie pojawiło się wiele nieprawidłowości w tym te, które dotyczą stosowania przymusu bezpośredniego. W związku z brakami kadrowymi, decyzje o przedłużaniu przymusu bezpośredniego zapadały w kontrolowanych jednostkach często bez zbadania pacjenta, bądź po wykonaniu badania przez nieuprawnionego lekarza (przy przedłużania przymusu na czas powyżej 16 godzin takie badanie każdorazowo musi przeprowadzić lekarz psychiatra).   Po środki przymusu bezpośredniego sięgały wszystkie z siedmiu skontrolowanych szpitali. W trzech zastosowany przymus wobec jednego pacjenta przekraczał 100 godzin, w dwóch 300 godzin. Jeden z 16-letnich pacjentów Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu, był trzymany bez przerwy w pasach przez 63 dni. Co oznacza, że przymus przedłużano mu 235 razy, a wraz z kolejnymi przymusowymi unieruchomieniami pacjent był poprzypinany przez 98,6 proc. czasu swojej hospitalizacji.   Równocześnie Naczelna Rada Lekarska wskazuje, że „Przymus bezpośredni jest narzędziem stosowanym w wyjątkowych sytuacjach, gdy zachowanie pacjenta zagraża jego życiu, zdrowiu lub bezpieczeństwu innych osób. Jego wyeliminowanie mogłoby prowadzić do poważnego zagrożenia dla pacjentów, personelu medycznego i otoczenia. Ponadto w niektórych przypadkach stosowanie przymusu bezpośredniego jest jedynym sposobem na zapobieżenie samookaleczeniom lub atakom agresji u osób w stanie ostrego kryzysu psychicznego (…). Ponadto pragniemy podkreślić, iż rozwiązania zaproponowane w petycji nie uwzględniają realiów pracy w ochronie zdrowia psychicznego oraz mogą prowadzić do pogorszenia bezpieczeństwa pacjentów i personelu medycznego”.   Patrząc na zagadnienie stosowania przymusu bezpośredniego z perspektywy PX pacjentów psychiatrycznych, warto wziąć pod uwagę jakiego rodzaju skargi wpływają do Rzecznika Praw Pacjenta odnośnie tego problemu. To, na co najczęściej zwracają uwagę pacjenci to: brak zasadności zastosowania przymusu bezpośredniego, niewłaściwe zachowanie (wypowiedzi i komentarze naruszające godność pacjentów) i brutalność personelu przy przytrzymaniu i unieruchomieniu (niewłaściwe techniki unieruchomienia), brak nawet chwilowego zwolnienia z unieruchomienia celem zaspokojenia potrzeb fizjologicznych, brak właściwego zabezpieczenia przed innymi pacjentami (unieruchomienie np. na sali wieloosobowej lub w korytarzu), straszenie pacjentów przymusem bezpośrednim lub stosowanie go „profilaktycznie”. Często są to problemy wynikające z braków kadrowych, przeciążenia personelu czy wypalenia zawodowego. Jest jednak kilka rozwiązań, które można zaimplementować od razu, przez wzgląd na bezpieczeństwo i px pacjentów wobec których stosowany jest przymus bezpośredni oraz pozostałych pacjentów pozostających pod opieką szpitala, a także bezpieczeństwo i ex personelu medycznego. Przede wszystkim personel stosujący przymus bezpośredni powinien być bardzo dobrze i praktycznie przygotowany do tego kiedy i w jaki sposób stosować przymus oraz jakie prawidłowe techniki unieruchomienia stosować, by było ono jak najszybsze, jak najmniej bolesne i jak najbardziej komfortowe dla pacjenta. Te techniki poprawią nie tylko bezpieczeństwo pacjentów, ale także personelu. Ważne będzie także stosowanie się przez pracowników szpitali do wytycznych dotyczących unieruchamiania i nie przetrzymywanie pacjentów w unieruchomieniu dłużej niż to konieczne, „na wszelki wypadek”. Dodatkowo, kluczowe będzie szkolenie personelu z zakresu komunikacji – straszenie pacjentów unieruchomieniem, wyzywanie, niewłaściwe komentowanie, to zachowania, które nie powinny mieć miejsca. Każdorazowo decyzja o unieruchomieniu powinna być także ostatecznością, a nie środkiem profilaktycznym lub karą. Temat stosowania przymusu bezpośredniego jest złożonym zjawiskiem, który systemowo wymaga wdrożenia rozwiązań, mających na celu zwiększenie liczby personelu szpitali psychiatrycznych. Równocześnie warto zadbać o to, na co mamy wpływ, czyli odpowiednie przeszkolenie personelu. Skorzystają z tego zarówno pacjenci, jak i pracownicy placówki.H

Kto będzie leczył? Brakuje lekarzy, ale problemem jest system

Urszula Łaskawiec
Od lat słyszymy o deficycie lekarzy w Polsce. Fakty mówią same za siebie: 147 tys. czynnych lekarzy na 38-milionowy kraj. I choć limity miejsc na studia medyczne są zwiększane, problem nie leży wyłącznie w liczbach. Pytanie brzmi nie tyle „ile mamy lekarzy?”, ale „jak zarządzamy ich czasem i kompetencjami?”. Coraz częściej pojawia się narracja, że kluczowym problemem nie jest niedobór lekarzy, ale chaos organizacyjny w systemie opieki zdrowotnej. Czy każdy pacjent, który trafia do specjalisty, rzeczywiście tego wymaga? Czy system konsultacji mógłby być lepiej zarządzany poprzez skuteczniejszą koordynację pomiędzy lekarzem pierwszego kontaktu a specjalistą? Prywatne sieci medyczne, takie jak Lux Med, próbują optymalizować procesy – wdrażając AI, telemedycynę i nowe modele organizacji ścieżki pacjenta. Tylko czy pacjenci są na to gotowi? Czy zamiast wizyty u specjalisty rzeczywiście zaakceptują wstępną analizę AI? W ostatnich latach zwiększono limity miejsc na studiach medycznych, jednak więcej absolwentów medycyny nie oznacza automatycznie lepszej opieki zdrowotnej. Problemem jest dystrybucja lekarzy – młodzi medycy nie chcą pracować w małych miastach, wolą duże ośrodki, gdzie mają dostęp do nowoczesnych technologii i lepsze warunki pracy. Wielu specjalistów pracuje w kilku miejscach naraz – w prywatnej klinice, szpitalu publicznym, a czasem jeszcze prowadzi własną praktykę. To powoduje, że pacjenci wszędzie czekają w kolejkach, bo lekarze nie są w pełni dostępni w jednym miejscu. Jednocześnie oczekuje się od lekarzy coraz więcej – nie tylko wysokich kompetencji medycznych, ale także podejścia holistycznego, empatii, zdolności komunikacyjnych, a nawet umiejętności radzenia sobie ze stresem i wypaleniem zawodowym. Każdy mówi, jak powinno wyglądać idealne leczenie – pacjenci, eksperci, politycy – ale rzeczywistych systemowych rozwiązań nie przybywa. W efekcie lekarze są przeciążeni, sfrustrowani i zmuszeni do balansowania między różnymi miejscami pracy, by sprostać zarówno oczekiwaniom pacjentów, jak i własnym wymaganiom finansowym. Coraz częściej mówi się o tym, że pacjent musi być „świadomy” i „wyedukowany”. Ale czy to naprawdę rozwiązanie problemu? Oczekiwanie, że pacjent sam będzie wiedział, do kogo powinien się udać i jakie badania wykonać przed wizytą, to przerzucanie na niego odpowiedzialności za błędy systemu. Nie każdy pacjent potrafi i chce analizować swój stan zdrowia – od tego powinien być dobrze zorganizowany system, który prowadzi go przez proces diagnostyczny i leczniczy. Zarówno problem niedoboru lekarzy, jak i dostępności specjalistów, nie zostanie rozwiązany przez zwiększanie liczby absolwentów medycyny ani przez optymalizację procesów w prywatnych klinikach. Prywatna medycyna, choć rośnie w siłę, nie rozwiązuje systemowych problemów – raczej je obchodzi, oferując rozwiązania dla tych, którzy mogą sobie na to pozwolić. Jeśli lekarze nadal będą rozproszeni między kilkoma miejscami pracy i wybierać najbardziej opłacalne ścieżki, publiczna opieka zdrowotna stanie się jeszcze bardziej przeciążona. Nie wystarczy mówić o zmianach – konieczne są konkretne działania. System potrzebuje spójnej strategii, która nie tylko zwiększy liczbę lekarzy, ale także usprawni organizację pracy i ułatwi pacjentom dostęp do odpowiednich specjalistów. Bez tego problem z dostępnością opieki zdrowotnej będzie się tylko pogłębiał, a frustracja zarówno pacjentów, jak i lekarzy, osiągnie punkt krytyczny. Jeśli nie zostaną podjęte realne kroki, czeka nas dalsza komercjalizacja ochrony zdrowia, w której coraz więcej pacjentów będzie musiało płacić za to, co powinno być podstawowym prawem. Decyzje muszą zapaść teraz – w przeciwnym razie w przyszłości będziemy mówić już nie o deficycie lekarzy, ale o całkowitej niewydolności systemu.H