Kupując „HU”, wspierasz rozwój Human Experience w Polsce — zamów prenumeratę

Bezpieczeństwo nie może być jednostronne

Urszula Łaskawiec | 2025-04-30 13:47:19
 

W świecie doświadczeń pacjenta mówimy dziś często i głośno o empatii, o uważności, o poczuciu bezpieczeństwa w procesie leczenia. I słusznie. Ale tragedia, która wydarzyła się w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, zmusza nas do postawienia równie ważnego pytania: czy równie poważnie traktujemy bezpieczeństwo pracowników ochrony zdrowia?

Zamordowany lekarz. Ciosy zadane nożem w gabinecie lekarskim, w trakcie pracy. Brutalny atak na człowieka, który przyszedł leczyć, nie walczyć o własne życie.

To nie może być tylko kolejna sensacyjna relacja z kroniki kryminalnej. To moment graniczny – i zawodowo, i społecznie. Jeśli lekarze, ratownicy, pielęgniarki czy rejestratorki mają nadal z zaangażowaniem, empatią i spokojem budować dobre doświadczenia pacjentów – muszą sami czuć się bezpieczni. Fizycznie. Psychicznie. Organizacyjnie.

Nie zbudujemy żadnej kultury zaufania ani współodpowiedzialności, jeśli z jednej strony edukujemy zespoły, jak radzić sobie z agresywnym pacjentem, a z drugiej – zostawiamy ich samych z narastającym problemem przemocy, pogróżek i ataków. To nie są „trudne sytuacje komunikacyjne”. To są sytuacje skrajnie niebezpieczne.

Ten dramat powinien być dla całego środowiska medycznego, dla zarządzających, dla ustawodawców – dzwonem alarmowym. Bo ochrona zdrowia nie może być miejscem, w którym pracownicy boją się wejść do gabinetu.

Jeśli chcemy mówić o prawdziwej jakości – także tej ludzkiej – musimy wreszcie równie poważnie traktować doświadczenia tych, którzy niosą pomoc, jak tych, którzy tej pomocy potrzebują. Nie zbudujemy żadnych standardów, jeśli nie zaczniemy od fundamentu: bezpieczeństwa tych, którzy są na pierwszej linii. Dziś nie wystarczy współczucie. Potrzebne są zmiany. Zmiany w procedurach. W systemie ochrony. W mentalności. Bo jeśli szpital przestaje być miejscem bezpiecznym dla lekarza, to nie jest już bezpiecznym miejscem dla nikogo.H

 

Urszula Łaskawiec
Redaktor naczelna magazynu

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone

Zobacz także

Prohibicja w hotelach – ograniczenie czy świadomie zaprojektowane doświadczenie?

Bartek Matusiak
Decyzja Władysław Grochowski o wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu w części hoteli sieci Arche może zaskakiwać – zwłaszcza w branży, w której alkohol od lat jest jednym z „oczywistych” elementów oferty. „Forbes Polska" pisze, że nie chodzi jednak o chwilowy eksperyment, ale o świadomą decyzję wynikającą z wartości i określonej wizji funkcjonowania tych miejsc. Na pierwszy rzut oka można to odczytać jako ograniczenie. Bo przecież odbieramy gościom coś, co przez lata było standardem. Ale właśnie dlatego ta decyzja jest tak ciekawa – pokazuje, że standardy w doświadczeniu klienta nie są dane raz na zawsze. Są efektem decyzji. I mogą być zmieniane. W tym kontekście kluczowe pytanie brzmi: czym tak naprawdę jest doświadczenie hotelowe? Jeśli sprowadzimy je do zestawu usług, to brak alkoholu będzie „brakiem”. Ale jeśli spojrzymy na nie jako na całościowo zaprojektowane środowisko – wtedy zaczynamy widzieć, że każdy element, także alkohol, coś wnosi… albo coś zaburza. Intencją - pisze „Forbes Polska" - nie jest odebranie przyjemności, tylko zmiana jakości pobytu. I to jest moment, w którym zaczyna się właściwa rozmowa o Guest Experience. Bo jeśli usuwamy jeden z kluczowych elementów „budujących atmosferę”, to musimy świadomie zaprojektować coś w jego miejsce. Inaczej zostanie pustka. Ciekawy jest też poziom odwagi tej decyzji. W branży, która bardzo mocno opiera się na przewidywalności i spełnianiu oczekiwań, taki ruch oznacza wyjście poza schemat. To już nie jest próba dopasowania się do wszystkich – tylko świadome powiedzenie: „to jest nasz sposób na doświadczenie”. I to prowadzi do szerszego wniosku. Coraz częściej konkurencja nie odbywa się na poziomie tego, co oferujemy, ale jakie doświadczenie za tym stoi. Goście nie wybierają już tylko hotelu – wybierają kontekst, wartości i sposób spędzania czasu. Z tej perspektywy decyzja opisana w artykule nie jest ograniczeniem, tylko redefinicją. Pytanie nie brzmi „czy to się przyjmie”, tylko „dla kogo to jest właściwe doświadczenie”. Bo jeśli znajdzie się grupa gości, dla których taki model jest spójny z ich stylem życia – to nie mamy do czynienia z ryzykiem. Mamy do czynienia z bardzo świadomie zaprojektowaną przewagą. I chyba to jest sedno: doświadczenia zawsze coś wzmacniają. Pytanie tylko, czy robimy to świadomie.H

Human-made i AI-free robią furorę na świecie

Bartek Matusiak
Coraz więcej danych i obserwacji pokazuje, że technologia zmienia sposób, w jaki pracujemy - ale równie mocno ujawnia to, jak bardzo zmienia się myślenie ludzi w organizacjach. Artykuł na stronach cyfrowa.rp.pl bardzo trafnie uchwyca moment, w którym właśnie jesteśmy. Już samo stwierdzenie w tytule „mają dość AI” i informacja, że „ruszył wyścig o globalne oznaczenie” - pokazują, że nie mówimy o technologii, tylko o zmianie postaw. W tekście pojawia się ważny sygnał: rośnie potrzeba oznaczania treści i produktów jako „human-made” czy wręcz „AI-free”. To nie jest tylko marketing. To odpowiedź na rosnące zmęczenie odbiorców i potrzebę odzyskania kontroli nad tym, co jest „prawdziwe”. Jak sugeruje artykuł, to już „wyścig o globalne oznaczenie”, czyli próba systemowego uporządkowania tej potrzeby na poziomie rynku. Ciekawy jest też kontekst emocjonalny tej zmiany. Samo stwierdzenie, że ludzie „mają dość AI”, jest bardzo mocne - bo nie mówi o braku kompetencji czy dostępu do narzędzi, tylko o świadomej postawie. To przesunięcie z poziomu technologii na poziom doświadczenia. Ludzie zaczynają oceniać nie tylko jakość efektu, ale także sposób jego powstania. I tu zaczyna się właściwa rozmowa o Human Experience. Bo jeśli użytkownicy zaczynają wybierać rozwiązania oznaczone jako „AI-free”, to nie chodzi o to, że technologia jest zła. Chodzi o to, że w niektórych kontekstach chcą odzyskać poczucie autentyczności, sprawczości i kontaktu z drugim człowiekiem. To jest dokładnie ten moment, w którym doświadczenie staje się ważniejsze niż efektywność. Z perspektywy organizacji to sygnał ostrzegawczy. Przez lata skupialiśmy się na tym, jak wdrażać AI szybciej, szerzej i taniej. Tymczasem artykuł pokazuje, że równolegle zaczyna się drugi wyścig – o to, jak komunikować jej obecność… albo jej brak. I to jest zupełnie inny poziom dojrzałości. Oba te wątki łączy coś głębszego: sposób, w jaki organizacje projektują doświadczenia ludzi. Bo jeśli firmy będą dalej traktować AI wyłącznie jako narzędzie optymalizacji, a nie element doświadczenia, to będą coraz częściej zderzać się z tym, co wybrzmiewa w artykule: rosnącym dystansem, a nawet oporem odbiorców. Human Experience przebija się dziś do mainstreamu właśnie dlatego, że pokazuje twarde konsekwencje tych decyzji. Firmy, które świadomie projektują, gdzie AI ma wspierać, a gdzie ustąpić miejsca człowiekowi - budują zaufanie i przewagę. Te, które ignorują ten wymiar, mogą wygrać technologicznie… ale przegrać relacyjnie. I chyba to jest sedno: AI nie zastąpi nas tam, gdzie potrzebne jest poczucie autentyczności. Ale bardzo szybko zastąpi nas tam, gdzie przestaniemy je świadomie projektować. O tym jest też pierwszy tegoroczny numer magazynu „HU", do lektury którego zapraszam. 

Czy historia Dino zmienia sposób myślenia o Employee Experience?

Bartek Matusiak
Coraz częściej w dyskusjach o Employee Experience pojawia się wątek, który długo był wypierany przez język efektywności i wyników. Chodzi o to, jak bardzo kultura zarządzania wciąż opiera się na lęku, zależności i asymetrii władzy - nawet w nowoczesnych organizacjach. Bardzo mocno wybrzmiewa to w "linkedin'owym" wpisie Karola Turka z Groupe SEB, który, odnosząc się do materiału o Dino Polska, napisał: „Skoro dorosłej osobie »trzęsą się ręce, gdy dzwoni regionalna«, to nie jest »wysoka kultura performance’u«. To jest sygnał, że coś fundamentalnie poszło nie tak”. Ten fragment trafia w samo sedno doświadczenia pracy w wielu firmach operacyjnych, a szczególnie w handlu detalicznym, gdzie presja wyniku bywa ogromna, a rola średniego szczebla zarządzania staje się kluczowym filtrem kultury organizacyjnej. Jeśli to właśnie na tym poziomie utrwala się zarządzanie przez strach, to nawet najlepiej sformułowane wartości pozostają - jak pisze Karol - „fasadowe”. W perspektywie Employee Experience szczególnie ważne jest jego pytanie o moralny koszt wyników: „czy połączenie świetnych wyników finansowych z fatalnymi warunkami pracy zwykłych ludzi nie jest po prostu zwykłym kurestwem”. To mocne sformułowanie, ale oddaje rosnącą zmianę wrażliwości społecznej i pracowniczej. Dziś organizacje są oceniane nie tylko przez pryzmat tego, co dostarczają klientom i akcjonariuszom, lecz także przez to, jakie doświadczenie tworzą ludziom na najniższych stanowiskach. Z badań EX wiemy jasno, że kultura oparta na strachu może krótkoterminowo „dowieźć” wyniki, ale niemal zawsze generuje długofalowe koszty: rotację, absencję, spadek jakości obsługi, erozję zaufania i reputacyjne ryzyka pracodawcy. W tym sensie folwarczny model, o którym pisze Karol, nie jest tylko problemem etycznym - jest też nieefektywny systemowo. Organizacje płacą za niego później, często więcej niż zyskały wcześniej. Najważniejsze w jego wpisie jest jednak to, że nie sprowadza problemu do jednej firmy, lecz do wzorca zarządzania: „ile folwarku jest wciąż w naszym codziennym zarządzaniu handlem?”. To pytanie wykracza daleko poza retail. Dotyczy każdej organizacji, w której odpowiedzialność mylona jest z kontrolą, a przywództwo z presją. I być może właśnie to jest dziś kluczowa zmiana w Employee Experience: nie pytamy już tylko, czy ludzie są zaangażowani i produktywni. Coraz częściej pytamy, jakim kosztem - i jak długo organizacja może sobie pozwolić na ignorowanie tego kosztu.H